Robią to razem od pół tysiąca lat (FOTO)

Od ponad dwóch dekad złotoryjanie spotykają się w rynku podczas wigilijnej nocy na wspólnym kolędowaniu. To prawdziwa miejska tradycja – jej korzenie sięgają połowy XVI wieku. Na nowo odżyła w 1995 r. i do dziś cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem mieszkańców, których co najmniej kilkuset zgromadziło się na złotoryjskim Rynku.

Na podstawie miejskich kronik spisanych przez Carla Wilhelma Peschela i Louisa Sturma oraz publikacji, która ukazała się pod koniec XVIII wieku, dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się w 1553 roku. W tym czasie Złotoryję nawiedziła dżuma, która–  według niektórych źródeł – spowodowała śmierć ponad 2500 osób.

Peschel w napisanym w 1832 r. utworze „Siedmiu ostatnich mieszczan w Złotoryi w 1553 roku” tak przedstawia przebieg tej tragicznej świętej nocy, od której początek wzięła wartościowa tradycja wspólnego kolędowania: „Kiedy teraz nastała ta święta noc i miasto wyglądało jak wymarłe, na rynku panowała tak wielka cisza, jakiej tu zazwyczaj nigdy nie było i nikt nie miał odwagi wyjść nawet do kościoła, ponieważ większość zmarła wskutek zarazy. Jednakże jeden, i jak przekazano, nie kto inny, tylko sam konsul (burmistrz) wyszedł na rynek i zalany łzami, gdyż w jego domu tez wszyscy zmarli, zaczął uroczyście śpiewać. Niebawem otworzyło się wiele drzwi i jeden po drugim przystępowali do burmistrza, włączając się do uroczystego śpiewu; wkrótce siedmiu mężczyzn – chyba jedynych w tym nieszczęśliwym mieście – stało obok siebie i śpiewało pieśni, i w ten pobożny sposób, pod namiotem nieba, rozpoczęło tę święta noc”.¹

Zdaniem złotoryjskiego historyka Alfreda Michlera, opowieść ta jest jak najbardziej prawdziwa, chociaż niektóre jej elementy mogą być tylko legendą.

– Nie mam wątpliwości, że taka historia miała miejsce. Wiadomo, że w tamtym czasie zaraza dotknęła mieszkańców Złotoryi. Myślę, że przy życiu mogło zostać wtedy więcej niż siedmiu mieszczan, bo pamiętać też trzeba, że kobiety się w tamtych czasach zbytnio nie liczyły. Poza tym osoba, która wyszła tamtej nocy, prawdopodobnie na Dolny Rynek, wcale nie musiała śpiewać. Równie dobrze mogła to być głośna modlitwa – uważa historyk. – Złotoryja nazywała się wtedy Goldberg i nie była wtedy w państwie polskim, ale nie była też do końca zgermanizowana. Mieszkali tu Niemcy i Ślązacy. Byli katolicy, protestanci, a nawet Żydzi. Nie przeszkadzało im wtedy wszystkim być razem, śpiewać i modlić się. Przynajmniej w tym wyjątkowym dniu w roku – dodaje członek Towarzystwa Miłośników Ziemi Złotoryjskiej.

Właśnie wspomniana różnorodność wyznań i narodowości najbardziej zainspirowała Alfreda Michlera do podzielenia się tą historią z mieszkańcami i zabiegania o to, by stała się ona powszechnie znana. W 2014 r. na pamiątkę legendarnych wydarzeń miejsce na Dolnym Rynku wokół fontanny górnika zostało nazwane skwerem Siedmiu Mieszczan.

Historycznemu wydarzeniu zawdzięczamy powstanie tradycji śpiewów. Początkowo około godziny drugiej w nocy na Dolnym Rynku zbierało się często nawet kilka tysięcy ludzi. Byli to mieszkańcy Złotoryi, jej przedmieścia oraz okolicznych wiosek. Większość z nich wcześniej uczestniczyła w pasterce, która o północy rozpoczynała się w klasztorze franciszkańskim. Od połowy XIX w. zmianie uległa godzina rozpoczęcia śpiewów z drugiej w nocy na dziewiątą wieczorem. Miało to związek z zakłócaniem nocnego spokoju i co naturalne o tej porze – zdarzających się różnego rodzaju ekscesów.

Klaus Biedermann (w środku) z żoną, po lewej Alfred Michler podczas tegorocznej Wigilii w złotoryjskim Rynku

Tę tradycję kultywowano aż do 1944 r. Powrócono do niej po ponad 50 latach. W 1995 r. jako pierwszy w holu Złotoryjskiego Ośrodka Kultury kolędę „Wśród nocnej ciszy” zaintonował ówczesny burmistrz Kazimierz Zwierzyński.

Znane są nazwiska siedmiu ocalałych mieszczan. Burmistrzem, który zaśpiewał pierwszy, był Laurentius Circler, a dołączyli do niego: pisarz miejski Willenborg, Otto Fuerstenwald, Friedrich Windeck, Albert Zobel, Gottlieb Helmrich i Christian Steinberg. Alfred Michler przez lata próbował odnaleźć ich potomków, nawiązując kontakt i szukając informacji w ogólnoniemieckich dziennikach (takich jak „Die Welt” czy „Süddeutsche Zeitung”), a także w lokalnej prasie w okolicach Solingen. Ostatecznie udało się dotrzeć do czterech z nich. Jedną z tych osób jest Klaus Biedermann, który już dwukrotnie gościł w Złotoryi na wspólnym kolędowaniu w rynku. Trzy lata temu nawet wystąpił wraz ze swoją żoną i całą rodziną. W tym roku również nie zabrakło go w złotym grodzie podczas wspólnego kolędowania.


¹ A. Michler: Złotoryjskie Rody. Helmrichowie, Jelenia Góra 2002, s. 84-85

.

Fot. Szymon Kwapiński