Kolejny teatralny festiwal w Polkowicach przeszedł już do historii, ale pozostając jeszcze w tym klimacie przygotowaliśmy zapis ze spotkania prasowego z Honorową Patronką 21. edycji tego wydarzenia Magdaleną Zawadzką, aktorką teatralną, filmową i telewizyjną.
W Polkowicach Magdalena Zawadzka wystąpiła na scenie podczas jednej z poprzednich edycji Dni Teatru. Tym razem została zaproszona w roli honorowej. Czy długo zastanawiała się na przyjęciem patronatu nad festiwalem?
– Ani chwili. Sprawdziłam tylko terminy, bo to było najistotniejsze: czy będę mogła wyjechać? To jest jednak, z perspektywy Warszawy, bardzo daleko. Musiałam obliczyć, czy uda mi się wskoczyć na chwilę chociażby, ale udało mi się wskoczyć na dwa dni w tym moim terminarzu. Od razu, powiedziałam, że już. Ewenementem jest to, że małe miasteczko, liczące 20 tysięcy mieszkańców, potrafi ściągnąć swoim entuzjazmem, swoim profesjonalizmem w organizacji teatry z odległych, dużych miast Polski. To wynika z tego, że ludzie, którzy tu mieszkają chcą czegoś więcej od życia. I mało tego, wszyscy są zaszczyceni z powodu tego zaproszenia, tak jak ja jestem zaszczycona faktem, że zostałam poproszona o objęcie patronatu nad festiwalem. Usłyszałam już tu, że jestem patronem i mistrzem. Bardzo mi miło słyszeć to pod swoim adresem, ale trochę mnie tak peszą takie bardzo wysokie oceny. Zawsze uważam za mistrzów lepszych od siebie, bardziej zasłużonych, więc ciągle mam poczucie, że muszę gdzieś do tego mistrzostwa dopiero doskakiwać, ale jak bocian żabę, łyknęłam te komplementy.
Obecnie Magdalena Zawadzka gra w czterech spektaklach w czterech różnych teatrach, z czego dwa są typowo wyjazdowe. Niedługo rozpocznie próby w Teatrze 6. piętro, gdzie wystąpi w sztuce „Piękna Lucynda” napisanej przez Mariana Hemara. Jak mówi, „jest to sztuka typowa retro”, a tak marzy już, by znaleźć w klimacie retro, kultury zachowań, sposobu bycia, mówienia…
– Nie mam nic przeciwko współczesnym czasom, wprost przeciwnie. Bogu dziękuję, że żyję w tych czasach. Nasze czasy są wspaniałe pod względem rozwoju, nieprawdopodobnego skoku cywilizacyjnego. To wszystko bardzo nam służy. Jest bardzo otwierające nas, ale równocześnie zamykające. Jeżeli jedzie się, na przykład, metrem wszyscy siedzą z nosem albo w laptopie, albo „ajpadzie”, albo „ajfonie”. Ludzie się od siebie izolują. W książce „Moje szczęśliwe wyspy” jeden rozdział poświęciłam czemuś, co było esencją wszystkich dzieci za czasów mojego dzieciństwa i dzieciństwa mojego syna. To podwórko. Wszystko tam się działo. I sama łapię się na tym, że rzadziej sięgam po książkę, bo muszę odpisać na mejle. Kiedyś może odpisywano na każdy list, bo była taka moda, ale kto by mi kazał codziennie odpisywać na kilkanaście listów, a na te mejle muszę odpisać, bo mam natychmiast ponaglenie: dlaczego nie piszesz, czy coś się stało? To zabiera czas, a chciałabym mieć czas nawet po to, żeby go zmarnować. Bo to też jest bardzo miła sprawa. To co jeszcze w tym retro było, to system wartości, który według mnie jest całkowicie zachwiany. Poczucie honoru. Kiedyś w momencie, kiedy honor został urażony, działy się rzeczy takie, które kazały ten honor zwrócić. Słowo dane. Co to teraz znaczy? Nic nie znaczy. Można obiecać, co się chce. Przysiąc. Nic to nie znaczy. To jest straszne, bo jestem wychowana w kanonie wartości. I staram się ich przestrzegać. Jestem za każdym razem bardzo zdziwiona, wręcz zszokowana, jak ktoś prosto w nos mi się czegoś wypiera. Nie rozumiem tego. System wartości i forma. Jakby nie było, w retro ludzie umieli ustąpić sobie miejsca, otworzyć drzwi, ukłonić się. Z domu rodzinnego i mojego własnego jestem przyzwyczajona do zasad dobrego wychowania.
O życiu kulturalnym przed laty…
– Nie wolno potępiać tego, co się działo w kulturze kiedyś. Wtedy kultura kwitła ponieważ była dotowana przez państwo i ci, którzy wtedy władali, snobowali się na kulturę. Kabarety były na najwyższym poziomie może przez to właśnie, że wielu rzeczy nie wolno było. W związku z tym ta metafora na scenie i w piosence była metaforą bardzo pojemną, ale bardzo wysublimowaną. Nie taką wprost, na chama, jaką teraz czasem usłyszę w kabarecie. Dla mnie to jest bardzo dosłowne. Dosłowność mamy w życiu, na scenie chcemy, żeby coś było bardziej zakamuflowane, co daje do myślenia.
O uczeniu się tekstu…
– Najlepiej uczę się tekstu na próbach. Takie klepanie w domu to jest tak nudne. Nie wiem, co mówię i czego się uczę, natomiast na próbach do tekstu dołączony jest ruch. Zwykłe „dzień dobry” może być zapowiedzią wszystkiego. Można je powiedzieć radośnie, dramatycznie, można się zdziwić, bo zobaczy się na scenie kogoś kogo się człowiek nie spodziewa. W tym momencie tekst sam się głowy trzyma, przynajmniej mojej. W każdym razie klepania w fotelu nie potrafię. Jakoś jestem za szybka na to. Uczę się w biegu.
Anegdoty? Nie potrafię ich opowiadać – wyznaje Magdalena Zawadzka.
– Są zabawne wtedy kiedy się dzieją, a nie wtedy kiedy się je opowiada, bo one są zabawne dla ludzi, którzy w tym biorą udział. Ale napisałam kilka zabawnych wydarzeń, które stały się anegdotyczne w moich książkach. Szczególnie w tej pierwszej „Gustaw i ja”. To się działo ku zdumieniu moim albo jego i niekoniecznie na scenie. A na scenie pamiętam, graliśmy w „Królu Learze”. On grał króla Leara, postać tragiczną. Ja grałam jego złą córkę Reganę i z tyłu stał dwór. Gustaw mówił: „Która z córek mnie kocha, najbardziej kocha?”. A z tyłu ten chór cicho: „Zocha”. Ludzie tego nie słyszeli, ale myśmy nie mogli się pozbierać. Może inny aktor czy dyrektor ukarałby ten chór koleżków-psotnisiów, ale Gustaw nigdy. Umiał się w tym odnaleźć. No kogo to może śmieszyć? A na scenie, zapewniam, człowiek nie może się pozbierać. Tak jest wesoło.
Wymienione powyżej „Moje szczęśliwe wyspy” oraz „Gustaw i ja” to wspomnieniowe książki napisane w ostatnich latach przez aktorkę.
– I wydawnictwo „Marginesy”, które te książki wydało, siedzi mi na głowie, żebym napisała jeszcze jedną. No i nie mam pomysłu, a lubię pisać. To jest taka forma sprawdzianu siebie. Czy potrafię wyrazić to, co myślę, na piśmie, bo gadać można. Ale gadać można nawet niedbale, a pisać trzeba bardzo uważnie, z dużym przemyśleniem nad każdym słowem. Piszę, piszę, skreślam, potem czytam i tak sobie myślę: bez sensu. Piszę nie na komputerze, ale ręcznie, bo wtedy wierzę w to, że myśl poprzez serce spływa mi do ręki i pisząc mam do tego taki emocjonalny stosunek, a klapiąc w klawisze, nie mam żadnego. Chodzi o to, żeby trzymać się tematu, który sobie wyznaczy ktoś kto pisze. Ja się, broń Boże, nie nazywam pisarzem, gdzie mi tam, ale ponieważ książki są czytane, kupowane przede wszystkim, i nikt mi nic mi z tego powodu nie zarzucił, tylko raczej spotykają mnie miłe, akceptujące moje pisanie wypowiedzi, więc tak sobie piszę. To jest jeszcze jedno miłe, dodatkowe, twórcze podkreślam, zajęcie, które wymaga myślenia i wysiłku. Czasem napiszę zdanie i wiem, że to słowo to nie jest jeszcze to, które w taki dokładny, trafny sposób określa to, co chcę powiedzieć. I myślę, myślę, aż wymyślę. Nie dam sobie spokoju, dopóki nie wymyślę tego właściwego słowa.
O systematyczności w pisaniu nie ma jednak mowy. To pisanie było „gdzieś tam cały czas w głowie”, jak wyznała pani Magdalena. Także na karteczkach.
– To tak jak role. Jak się pracuje nad rolą, to się myśli w najróżniejszych momentach, a w przypadku książki, jak mi nagle coś wpadało do głowy takiego, co bałam się, że zapomnę, to zapisywałam sobie na tych fiszkach. I potem składałam w domu. Fajnie jest pisać, jest w tym coś fascynującego, szczególnie że nikt mi tego nie każe robić i że nie liczę na Nobla. Poza tym, mam w ogóle normalne życie. Chodzę do kina, do teatru, do znajomych, a oni przychodzą do mnie. Mam rodzinę, mam małą wnuczkę, której chcę poświęcić każdą wolną chwilę. Jestem młodsza dużo będąc z wnusią. Muszę się dostosować do małej dziewczynki i bardzo się w ten sposób, naturalny, odmładzam. Bawię się, czytam książeczki, bajeczki, śpiewamy, tańczymy. Jaki dorosły człowiek wpadłby na taki pomysł, a przy wnuczce na taki pomysł się wpada: biegamy, skaczemy, ścigamy się przez płyty chodnikowe. Fantastycznie. Lubię spacerować. Lubię w ogóle żyć. Życie jest dla ważniejsze niż cokolwiek na świecie. Samo życie. I nie narzekam.
Fot. UR/Rozmowa nieautoryzowana




