Andrzej Nabzdyk: Lubię mieszać przyjemne z pożytecznym

Andrzej Nabzdyk, lekarz-ratownik, był gościem Miejsko-Gminnej Biblioteki Publicznej w Polkowicach. Ze swadą opowiadał o swoim hobby, pracy i życiu mimo pewnych ograniczeń, które w jego przypadku są jednym, czyli tytułową „mieszanką”.

– Zacznijmy od hobby.

– To były i są góry. Uprawianie sportu ekstremalnego jest fascynujące i nie ma to nic wspólnego z ryzykiem. Zdobyć górę – to dążenie przełożyło się na całe moje życie. Udało mi się to zmieszać z ratownictwem, bo lubię mieszać przyjemne z pożytecznym. Takie decyzje ciążą na moim życiu zawodowym. To ciągły wybór między „próbujmy, walczmy” a „nic nie zrobię”. Dwa razy, w różnych sytuacjach, prowadziłem akcję wysokogórską. Raz jako lekarz, a potem – sportowiec.

– To teraz o pracy.

– Zaczynałem ponad 30 lat temu, jako sanitariusz. Byłem też kierowcą karetki, potem zostałem lekarzem. W Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym wszystko było w jednym: szkolenie innych, sporty ekstremalne, ratownictwo i latanie. Dwa razy, ze zespołem, wygrałem zawody w ratownictwie medycznym: w Turcji i w Izraelu, traktowane tam jako nieformalne mistrzostwa świata. Izraelski system ratownictwa jest jednym z najsprawniejszych na świecie. Uczymy się od nich. Ratownicy uczą się poprzez doświadczenie. W LPR podejmuje się decyzje w trudnych warunkach.

– 17 lutego 2009 roku. Fatalna pogoda. Karambol na autostradzie w pobliżu Środy Śląskiej. Z Wrocławia startuje śmigłowiec pogotowia. Rozbija kilkaset metrów od autostrady. Z trzyosobowej załogi przeżył tylko lekarz. To pan.

– Anioł Stróż, w moim przypadku, miał co robić. Moi koledzy, pilot i ratownik medyczny, zginęli. Tragedia rodzin i nasza też. Pogoda była parszywa. Na miejscu ratownicy zabezpieczyli podstawowe funkcje życiowe. Od pielęgniarki w szpitalu dowiedziałem się potem, że na SOR wieźli mnie z temperaturą 28 stopni. Przez trzy miesiące przed tym wypadkiem hartowałem organizm chodząc codziennie po pięć kilometrów. Dwa tygodnie po wypadku kolejne „bęc”. W komorze hiperbarycznej dostałem krwotoku. Byłem przewożony z jednego szpitala do drugiego.

– Niestety, nogę trzeba było amputować.

– Miałem szczęście, bo w tamtym czasie technologia dała mi drugą szansę w postaci odpowiedniej protezy. Troszkę mi się udało. Na początku sierpnia 2009 roku zgłosiłem się do pracy i od tamtej pory jeżdżę w karetce.

– Tempo wręcz ekspresowe. To jak zdobycie kolejnej góry.

– Łatwo nie jest, ale w tamtym trudnym czasie przekonałem się, ile poza rodziną, znaczy wsparcie koleżeńskie. Wyciągali mnie z domu, a to jest bardzo ważne, by nie zamykać się w czterech ścianach. Nadal chodzę po górach, jeździłem konno. Trzy lata temu byłem wraz z grupą na zawodach ratowniczych na Cyprze. Sami finansowaliśmy wyjazd i zajęliśmy drugie miejsce, za Grekami. Ale najważniejsze jest to, że wróciłem do pracy. Ruch jest mi potrzebny dla rehabilitacji. Powiedziano mi: jeśli nie ćwiczysz, a siedzisz za biurkiem, to nie licz na to, że ten sprzęt będzie dla ciebie pracować.

– W jakim miejscu, w życiu zawodowym jest pan teraz?

– Powiem tak, za mało czasu, żeby się zatrzymać i za dużo zadań do realizacji.

Rozmawiała: Urszula Romaniuk/Fot. UR