Kosztowni i zbędni – taką opinię o trzech zastępcach prezydenta Tadeusza Krzakowskiego mają jego trzej kontrkandydaci w nadchodzących wyborach samorządowych. Niezależnie od poglądów: Wacław Szetelnicki z PiS, Jarosław Rabczenko z PO oraz bezpartyjny Tymoteusz Myrda – żaden z kandydatów na włodarza Legnicy po swym zwycięstwie nie zamierza zatrudniać zastępców.
Jako pierwszy podniósł tę kwestię Wacław Szetelnicki. Dzisiaj dołączyli do niego dwaj kolejni pretendenci. I choć wszyscy trzej panowie rywalizują ze sobą o prezydenturę miasta, to są zgodni, że gospodarz miasta powinien rządzić samodzielnie.
– Najlepiej udowodnił to prezydent Lubina, Robert Raczyński, który od wielu lat obywa się bez zastępców – argumentuje Tymoteusz Myrda z komitetu Bezpartyjni Samorządowcy.
Kwadrans później, przed budynkiem magistratu, wtórował mu inny kandydat – Jarosław Rabczenko z PO. Polityk ten obliczył, że w trakcie ostatniej dekady zastępcy Tadeusza Krzakowskiego, czyli: Dorota Purgal, Jadwiga Zienkiewicz oraz Ryszard Białek – zarobili w sumie 4.541.534,27 złotych brutto. I to nie licząc dochodów uzyskanych na przykład z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek komunalnych.
Zaoszczędzone na wiceprezydenckich pensjach pieniądze Jarosław Rabczenko zamierza przeznaczyć na inwestycje. Obliczył, że za te kwoty można wyremontować szereg ulic. Jego zdaniem zastępcy nie są merytoryczni, a wyborcy nie mają żadnego wpływu na ich wybór – co nie jest uczciwe.
W pomyśle samodzielnego rządzenia miastem Jarosława Rabczenkę wspierają m.in. kandydaci na radnych: Krystyna Barcik, Lesław Rozbaczyło oraz Maciej Kupaj. Ostatni z wymienionych dodaje, że powinien wreszcie nastąpić koniec celebryckiej ery prezydenta. Jego zdaniem, nic dziwnego, że Tadeusz Krzakowski musi wysługiwać się zastępcami, skoro sam bez przerwy przecina wstęgi, otwiera imprezy i wita się z przypadkowymi przechodniami. – Stąd faktycznie może brakować czasu na normalną pracę – drwi Maciej Kupaj.
Wszyscy trzej kandydaci na prezydenta Legnicy zapewniają, że takiego scenariusza kampanii wyborczej na pewno ze sobą nie uzgadniali. – Jesteśmy przecież rywalami, a to, że mamy podobne diagnozy i programy o czymś widocznie świadczy. Najwyraźniej wszyscy wsłuchujemy się w głosy legniczan i dochodzimy do tych samych wniosków – przyznają, nie kryjąc zaskoczenia swą jednomyślnością.













