Koniec roku wyjątkowo sprzyja podsumowaniom i… wspomnieniom. Jako że większość z nas mniej lub bardziej hucznie będzie dziś witać Nowy Rok, zebraliśmy garść opowieści, które pokazują, że nawet z pozoru trudne sytuacje po latach zamieniają się w sympatyczne anegdoty.
Życzymy miłej lektury i sylwestrowego wieczoru, który pozostawi po sobie same miłe wspomnienia. A przede wszystkim – wspaniałego, radosnego i pomyślnego roku 2018!
Bogdan Kaleta, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Głogowie
Święta i okres Nowego Roku to dla policji czas pracy. Staramy się to dzielić. Jeżeli ktoś pracuje w okresie świątecznym, ma wolne w sylwestra. Niemniej jest to dla nas okres wytężonej pracy.
Był taki sylwester wiele lat temu, który szczególnie pamiętam. Miałem wtedy zaplanowany wolny Nowy Rok, więc w wieczór sylwestrowy mogłem się normalnie bawić. Jednak w Nowy Rok po godzinie 5.30 zadzwonił telefon, który nie należał do najprzyjemniejszych. Dowiedziałem się, że mój kolega, który miał pełnić poranny dyżur, nie może przyjść, bo uległ wypadkowi, musiałem więc go zastąpić. Ten dzień, który zacząłem o godzinie 5.30, w pracy trwał do godziny 17.00 i związany był z ogromną ilością zdarzeń będących efektem zabawy noworocznej i sylwestrowej. Do dzisiaj pamiętam ten Nowy Rok w pracy, który był szczególnie ciężki.
Alfred Michler, złotoryjski historyk, nauczyciel historii i języka niemieckiego
To był 1979 rok. W sali Bacalarusa przy ul. Szkolnej tradycyjnie mieliśmy organizowany bal sylwestrowy. Zwykle w ciągu roku mieliśmy cztery takie bale, po jednym na każdą porę roku. Wiadomo, że najważniejszy był ten 31 grudnia. Było nas wtedy co najmniej stu. Sporą grupę stanowili członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, ale nie brakowało też wielu innych osób. Pamiętam, że muzyka była mechaniczna, bo orkiestra była zbyt droga na nasze kieszenie. Już koło godziny 20 ludzie domyślali się, że czeka ich tego wieczoru jakaś niespodzianka, ale jeszcze nie wiedzieli jaka. Wielu przypuszczało, że może być ona związana ze sportem, ponieważ Złotoryja wtedy sportem stała. W pamięci mieliśmy świeże mistrzostwa świata akrobatów, do użytku właśnie oddane zostały dwie hale sportowe przy „ogólniaku”, prężnie rozwijała się też koszykówka i siatkówka, w mieście funkcjonowała szkoła sportowa.

Mniej więcej za dziesięć dwunasta ogłosiliśmy bieg noworoczny do Baszty i z powrotem. Trasa wiodła alejkami. Na oko będzie to spokojnie 800 metrów. Oczywiście nikt nie był do tego przygotowany, każdy przecież przyszedł elegancko ubrany na bal. Ale ponieważ większość uczestników miała już dobrze w czubie, więc chętnie wzięła udział w tym wyzwaniu. Chodziło o to, żeby zdążyć wrócić przed Nowym Rokiem. Dodam tylko, że napadało wtedy sporo śniegu.
Zwycięzcami pierwszego noworocznego biegu zostali: Tadeusz Szapował i Anna Rożek. Oboje to nauczyciele szkoły sportowej. Nie chodziło jednak o żadne trofea, a jedynie o zabawę, może nie najwyższych lotów. Z całą pewnością był to mój pomysł, bo kto inny mógłby na coś takiego głupiego wpaść? (śmiech)
Wszystkie te sylwestry i zabawy wspominam z największa przyjemnością, a nawet z rozrzewnieniem, wybrałem ten z ‘79 roku, bo był naprawdę szczególny. Biec w szpilkach i wracać prawie mokrym – to było duże przeżycie. Ale nie słyszałem, żeby ktoś z tego powodu zachorował. Przez kilka kolejnych lat próbowaliśmy jeszcze kultywować tradycję biegów noworocznych, ale nie przetrwała ona dłużej.
Alina Żmuda, sołtys Pieszkowic
Dwa lata temu zorganizowaliśmy sylwestra z wielką pompą, w stylu lat 60. i 70, czyli naszej młodości. Byliśmy przebrani w stroje z tamtego okresu. W szafach znalazły się jeszcze jakieś ubrania, choć trzeba było je przerobić, bo jednak trochę się zmieniliśmy od tamtego czasu. No i bawiliśmy się przy muzyce z naszych lat: Krawczyk, Połomski, 2+1, Czerwone Gitary, Skaldowie, ale też ABBA.
Czuliśmy się tak, jakbyśmy wrócili do czasów młodości. Chcieliśmy też pokazać młodszym, jak my się wtedy bawiliśmy. I to im się podobało. A zabawa trwała od godziny 20 do piątej rano.
Małgorzata Członka, dyrektor ośrodka Niebieski Parasol w Chojnowie
W pamięci do dziś mam imprezę sylwestrową z lat mojej młodości. Miałam wtedy może 15 lat, ale rok był kiepski na imprezy, bo w rodzinie mieliśmy wtedy trzy pogrzeby w bardzo krótkim czasie. Postanowiliśmy więc nigdzie się nie wybierać, tylko urządzić bal kostiumowy u mojej chrzestnej. Panie zajęły się gotowaniem, a ja pomagałam mężczyznom w innych przygotowaniach, m.in. w wybieraniu strojów dla całej rodziny. Przystroiliśmy dom, była sala balowa, a każdy dostał swoją rolę: kelnera, kucharki, itd. Wszyscy mieli też wierszyk do wyrecytowania. Same przygotowania, które trwały przez dwa dni, były już na tyle ekscytujące, że nigdy później nie doświadczyłam podobnych chwil. Bawiliśmy się do białego rana, atmosfera była świetna. Był jednak drobny szkopuł…
Kochałam się we Włodziemierzu Lubańskim, a wtedy on akurat był po operacji i wszyscy zastanawiali się, czy w ogóle wróci jeszcze na boisko. Moi kuzyni wiedzieli, że się w nim podkochuję i strasznie mi dokuczali. Mówili, że Lubański to patałach, że nie potrafi grać, a ja zalewałam się łzami. Nie rozumiałam, jak mogli obrażać mojego ukochanego mężczyznę! Do dziś, gdy spotykamy się w większym gronie, wypominają mi tego Lubańskiego!
Paweł Wolak, lubinianin, aktor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy
Na początku pracy w teatrze, może dwa lata po ślubie, dostaliśmy z Kasią propozycję poprowadzenia sylwestra we wrocławskiej restauracji. Za solidne pieniądze, bo lokal był klasowy. Uznaliśmy, ze trzeba się do tego odpowiednio przygotować i kupić nową garderobę. Poszliśmy więc do sklepu, Kasia kupiła elegancką sukienkę i piękne buty. Mieliśmy jednak wtedy próby, cały czas ganialiśmy do teatru, a w domu zostawał nasz bokser. Na dwa dni przed sylwestrem wracamy do domu – buty i sukienka zjedzone. Tragedia. Muszę dodać, że przygotowania do imprezy trwały dwa tygodnie. Od razu wyobraziłem sobie, że cały ten proces poszukiwań, wybierania, dobierania ma się teraz powtórzyć i skumulować w dwóch dobach. Uspokoiliśmy się dopiero następnego dnia, kiedy zadzwonił telefon. Właściciel lokalu odwołał imprezę! Chyba pierwszy raz cieszyłem się z tego, że nie sprzedały się bilety. „Pal licho stracone pieniądze!+ – pomyślałem. Bo ten spokój, który na mnie wtedy spłynął, był bezcenny.
Uznaliśmy z Kasią, że pies ma w sobie siłę sprawczą i później wnikliwie przyglądaliśmy się, kiedy wyczyniał różne rzeczy. A że były to czasy, gdy aktorzy Modrzejewskiej mieszkali na Księżycowej, powitaliśmy Nowy Rok właśnie tam, ze znajomymi. I było przesympatycznie.
Joanna Cichla, zastępca komendanta Komendy Powiatowej Policji w Polkowicach
Pracowałam już w policji, w wydziale prewencji, byłam jeszcze młodą i mało doświadczoną policjantką. Na interwencje jeździłam ze starszymi stażem policjantami, od których uczyłam się pracy policyjnej. To właśnie podczas Świąt Bożego Narodzenia po raz pierwszy spotkałam się z przemocą w rodzinie. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ktoś, kto powinien kochać swoje dzieci i żonę, stosuje wobec nich przemoc, jest agresywny, wulgarny. I w dodatku jest taki zły podczas świąt. Po przeprowadzonej interwencji czułam niedosyt swojej pracy, nie wiedziałam, co będzie działo się dalej z tymi dziećmi i rodziną. Postanowiłam wtedy, że zrobię wszystko, by pomagać osobom, które na co dzień doświadczają przemocy, gdyż widziałam strach i łzy w oczach małych dzieci, a nie ma chyba nic gorszego kiedy widzi się małe skrzywdzone dzieci. Postanowiłam, że podszkolę się w tej kwestii, ukończyłam dodatkowe studia z socjoterapii, rozpoczęłam współpracę z Niebieską Linią i Fundacją Dzieci Niczyje. Potem rozpoczęłam studia doktoranckie i przez cały czas kształciłam się w tematyce przeciwdziałania przemocy. Przez okres przeszło dziewięciu lat prowadziłam w Polkowickim Centrum Usług Zdrowotnych terapię grupową i indywidualne konsultacje dla osób dotkniętych przemocą, a od trzech lat robię to w Miejskim Centrum Wspierania Rodziny w Głogowie. Tamto doświadczenie sprzed lat dało mi ogromną siłę do tego, by kształcić się po to, by pomagać innym.
Janusz Kudyba, były piłkarz i trener, obecnie członek Klubu Biznesu Miedzi Legnica
W grudniu piłkarze mają trochę odpoczynku po sezonie, w sylwestra mogą więc bawić się jak wszyscy inni ludzie – przy alkoholu i tłustych potrawach. Ja też miałem taki zamiar, jadąc z żoną do rodzinnej Jeleniej Góry. Był rok 1989, grałem wtedy w Zagłębiu. Ruszyliśmy z Lubina, za oknami siarczysta zima. Kiedy zbliżaliśmy się do górki pod Kapelą, zobaczyłem przed sobą ze 30 samochodów, które utknęły na lodzie, taka była ślizgawka. Okazało się, że właśnie tam, na drodze, spędzimy sylwestra…
Siedzieliśmy w tym aucie do 3 nad ranem, dobre sześć godzin! A że było 15 stopni na minusie, w pobliżu żadnych budynków – w ruch poszły kurtki i szaliki. Nie rozmawialiśmy z nikim. Ludzie, którzy utknęli, jak my, bali się nawet wystawić nos za okno. Dobrze że miałem pełen bak paliwa i porządny akumulator, bo mogliśmy tam zamarznąć. To był jeden z najmroźniejszych sylwestrów, jakie pamiętam. Zawsze lubiłem ciepło, ale wtedy natura postanowiła spłatać mi psikusa. Kiedy już dojechaliśmy do domu, byliśmy tak zziębnięci, że od toastu ważniejsza była dla nas ciepła pościel.
Konrad Kaptur, rzecznik Urzędu Gminy w Polkowicach
Pamiętam sylwestra przed kilkunastu lat. Wspólnie ze znajomymi mieliśmy go spędzać w znajdującym się w szczerym polu domu weselnym, który nazywał się – o ile mnie pamięć nie myli – „Na końcu świata”. Nazwa była adekwatna, o czym przekonaliśmy się, bo mieliśmy wielkie problemy z dotarciem na miejsce. Nie było jeszcze wówczas nawigacji, posługiwaliśmy się mapą wierząc w nasze zdolności w zakresie orientacji w terenie. Niestety, te okazały się dość kiepskie i – o zgrozo – zabłądziliśmy. Na domiar złego popsuł się nam samochód. Impreza miała się rozpocząć o godzinie 19, a o 19.30 znaleźliśmy się w wiosce, której nazwy nie pamiętam, w każdym razie w pobliżu nie było naszego domu weselnego. Nie zastanawiając się długo, poszedłem do najbliższego domu, zastukałem do drzwi i z niepokojem oczekiwałem na rozwój wydarzeń. Ku mojej uciesze otworzył sympatyczny starszy pan, który okazał się naszym wybawcą. Traktorem zaciągnął nasze auto na podwórko swojego domu, a potem zawiózł nas do domu „Na krańcu świata”, który znajdował się w odległości zaledwie dwóch kilometrów od miejsca, w którym się zgubiliśmy. Spóźniliśmy się jakieś półtorej godziny, ale zabawa była przednia. To jedna z najbardziej pamiętnych imprez sylwestrowych w moim życiu.




