Cały Dolny Śląsk wspomina lato roku 1997. Wówczas, zamiast udać się na wakacyjny wypoczynek, mieszkańcy wszystkich miejscowości w dorzeczu Odry walczyli z jednym z największych kataklizmów w powojennej historii Polski.
Dziś wody w Odrze płynie tak mało, że z rzeki zaczynają się wyłaniać szczątki zatopionych w niej statków. Mimo to wszyscy, którzy byli świadkami powodzi tysiąclecia, wiedzą, że wystarczy raptem kilka dni, by woda znów popłynęła ulicami miasta. Tak było 20 lat temu – po trwających około tygodnia ulewach z brzegów wystąpiły rzeki na południu i zachodzie kraju. W powodzi zginęło 56 osób.
– Pamiętam, że w Głogowie oczekiwano na wielką wodę z dużymi obawami, co potęgowały wydarzenia z zalanego Wrocławia. Panika wśród mieszkańców powodowała, że przygotowania do odparcia wielkiej wody wychodziły poza jej przewidywany zasięg. Bo o ile zrozumiałe jest podjecie walki z żywiołem w newralgicznych miejscach Głogowa – Ostrowie Tumskim, Krzepowie czy Nosocicach, o tyle worki z piaskiem mieszkańcy rozkładali też w takich miejscach jak Plac 1000-lecia, Jedności Robotniczej przy dworcu PKS czy Stare Miasto np. przy Złotym Lwie na Grodzkiej i wokół Starej Poczty. Z obawy przez zalaniem np. na ul. Elektrycznej zamknięte były sklepy i zakłady. A przed wybijaniem studzienek kanalizacyjnych zabezpieczano również piwnice budynków na Osiedlu Piastów Śląskich – opowiada Dariusz Czaja z Towarzystwa Ziemi Głogowskiej.
Do walki z wielką wodą stanęły wszystkie służby, od wojska i straży pożarnej zaczynając, a kończąc na zwykłych ludziach, którzy bezinteresownie i spontanicznie pomagali w ratowaniu dobytku zagrożonych zalaniem głogowian, bądź zabezpieczali wraz z wojskiem wały przeciwpowodziowe w pobliżu miasta.
– Pamiętam też tłumy gapiów, którzy oblegali wręcz okolice mostu drogowego, spoglądając na podnoszącą się z dnia na dzień Odrę. Wielka fala spowodowała przerwanie połączeń kolejowych w Głogowie, ponieważ tory na trasie tzw. „Nadodrzance” były kompletnie zalane. Woda przelewała się w miejscu dzisiejszej mariny i zastanawiałem się czy nurt porwie znajdujące się tam koparki, które służyły do załadunku i rozładunku barek. Niecodziennym widokiem były motorówki strażackie pływające po ulicy Kamienna Droga. Oczywiście w trakcie przepływającej przez nasze miasto fali kulminacyjnej mosty na Odrze były nieprzejezdne – wspomina głogowski regionalista.
Powódź z 1997 roku zakończyła też żywot głogowskiego basenu miejskiego przy ul. Ułanów Polskich, który został zniszczony. Podobny los spotkał fort za Odrą, który po powodzi został opuszczony przez wojsko.
O wielkiej wodzie, która nadeszła pewnego lipcowego dnia, dobrze pamiętają też mieszkańcy Legnicy. To miasto w ciągu ostatnich stu lat kilkukrotnie walczyło z powodziami. Chociaż na co dzień Kaczawa wygląda raczej niepozornie, to za każdym razem, gdy w wakacje zaczynają padać deszcze, legniczanie z niepokojem spoglądają na swoją rzekę (Lipcowy deszcz zwiastunem powodzi?).
Równie niepozornie wygląda też dziś Odra w Ścinawie. Stojąc w tutejszym porcie aż trudno uwierzyć, że dwadzieścia la temu most nad rzeką był zamknięty, a mieszkańcy nie nadążali z budowaniem piaskowych tam na szybko zalewanych ulicach. Teraz w niektórych miejscach poziom wody w rzece wynosi raptem kilkadziesiąt centymetrów, a rok temu równie niski stan wód spowodował masowe śnięcie ryb. Tym większe wrażenie sprawia wystawa przygotowana przez ścinawskie Centrum Turystyki i Kultury z okazji tegorocznego festiwalu Blues nad Odrą. Zebrane na niej fotografie pochodzą z albumów mieszkańców, którzy dobrze pamiętają, do czego zdolna jest królowa dolnośląskich rzek.
.współpraca: Urszula Romaniuk, Joanna Michalak

















