Złotoryjanin przepłynął Polskę kajakiem! (FOTO)

Niesamowitym osiągnięciem może się poszczycić 63-letni Marek Chwedczuk ze Złotoryi, który razem z dwoma  przyjaciółmi przepłynął kajakiem 1 232 kilometry po polskich rzekach.

Marek Chwedczuk kajakami pływa już prawie ćwierć wieku. Na pierwszy w życiu spływ po Brdzie namówili go znajomi. – Pamiętam, że miałem wtedy niezłego stracha. Na szczęście trasa okazała się fajna, a ludzie tam byli bardzo życzliwi i pomocni – wspomina złotoryjanin, który od tej pory na wodzie bywa średnio dwa do trzech razy w miesiącu. Od kilkunastu lat pływa także zimą, a od ośmiu należy do wrocławskiego klubu kajakowego „Ptasi Uskok”. Musi wiosłować, bo, jak sam twierdzi, po dwóch tygodniach spędzonych na lądzie staje się przykry dla otoczenia. W kajaku przepłynął już wiele rzek, zarówno polskich jak i zagranicznych. Wiosłował m.in. w Niemczech, Czechach, Słowenii, na Litwie, Łotwie, Ukrainie, a nawet po Wenecji.

Dobrze zna się z Aleksandrem Dobą – słynnym polskim podróżnikiem, który jako pierwszy człowiek w historii samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent. Jednak pan Marek bardziej niż dla rekordów pływa dla samej przyjemności, podziwiając po drodze piękne krajobrazy i zwiedzając okoliczne miejscowości. – Kiedyś Olek proponował mi wspólną trasę, ale musiałem mu odmówić, bo to zupełnie nie moja bajka – mówi 63-latek.

Pan Marek rok temu wraz ze swoim kolegą wziął udział w Wielkiej Pętli Wielkopolski. Do pokonania był dystans 699 km. – Płynęliśmy Notecią pod prąd i codziennie mijał nas facet na łodzi motorowej. Okazało się, że był to naukowiec z Politechniki Poznańskiej, którego na tyle zainteresowało nasze wiosłowanie, że postanowił nam wyliczyć, ile razy musimy włożyć wiosło do wody podczas całej trasy. Wyszło mu, że około 400 tys. razy. Nigdy bym się nie spodziewał takiej liczby – śmieje się pan Marek.

Wtedy też narodził się pomysł przepłynięcia Polski po przekątnej. Specjalnych przygotowań nie było, bo od wielu lat regularnie trenują. 11 lipca tego roku czteroosobowa ekipa wyjechała do Zwierzynia w Bieszczadach, gdzie miała się rozpocząć wielka przygoda. Niestety jeden z uczestników musiał się wycofać z przyczyn osobistych. Ostatecznie oprócz 63-latka wyzwanie podjęła również jego koleżanka Maria z Wrocławia i kolega Adam z Brzegu Dolnego.

Kajakarze rozpoczęli trasę na Sanie, którym przepłynęli łącznie około 300 km aż do Wisły. Najdłuższą rzeką Polski dopłynęli do Bydgoszczy, pokonując kolejne 460 km. Następnie czekał na nich 13-kilometrowy odcinek Brdą pod prąd, Kanał Bydgoski, Noteć, Warta i Odra. Swoją wyprawę zakończyli po 22 dniach na jeziorze Dąbie za Szczecinem. – Zależało nam żeby zdążyć na 4 sierpnia, bo wtedy w Szczecinie odbywał się zlot żaglowców. Udało nam się to, ale ostatnie dni wiosłowaliśmy po dziesięć godzin. Na miejscu zostaliśmy bardzo ciepło przywitani przez kajakarzy z klubu „Płonia” – mówi złotoryjanin.

Kajakarze średnio pokonywali dziennie prawie 59 km, spędzając w kajakach osiem godzin. Jeden dzień stracili na Sanie z powodu złej pogody. Najczęściej nocowali na dziko w namiotach, ubrania prali w rzece, a suszyli na krzakach, kajakach lub na… sobie, bez obaw o przeziębienie. – Ja od dobrych kilku lat nie wiem, co to jest choroba. Wiosłowanie w okresie zimowym porządnie hartuje organizm – uważa Marek Chwedczuk.

Niektóre momenty z ponad trzytygodniowej wyprawy z pewnością zapamiętają na dłużej. Dwa razy złapały ich burze. Pierwsza na Wiśle, a druga z gradobiciem na wąskim odcinku Kanału Bydgoskiego. – Nie mieliśmy gdzie uciec, nie było się też gdzie zatrzymać. Przez 12 kilometrów wiosłowaliśmy z duszą na ramieniu, bo przecież woda jest przewodnikiem prądu elektrycznego. To było najbardziej niebezpieczne miejsce – opowiada złotoryjanin. Innym razem grupę kajakarzy okrążyły mewy. Ptaki przeraźliwym krzykiem broniły swoich piskląt.

Marek Chwedczuk zachęca do uprawiania kajakarstwa, zwłaszcza młodych ludzi. – Jest to najmniej urazowy i najbardziej bezpieczny sport wodny. Młodzi są tu przyjmowani z otwartymi ramionami. Ważne jednak, żeby pierwszych spływów nie organizować samemu, bo szybko się można zniechęcić. Lepiej zaczynać w klubach żeglarskich, w których można się nauczyć odpowiedniej techniki. Na pewno nie trzeba się obawiać żadnej krytyki. To jest środowisko miłych i pokornych ludzi, którzy znają inną formę wypoczynku niż pod budką z piwem – tłumaczy kajakarz, który już jutro wybiera się do Czech, gdzie będzie pływał wąskimi tunelami po rzece Ploučnice. W przyszłym roku planuje natomiast wziąć udział w 550-kilometrowej Pętli Wisły, której początek i koniec znajduje się w Złotorii nad Drwęcą.

.

Fot. Marek Chwedczuk

Pozostaw komentarz

XHTML: Możesz używać tagów HTML-owych: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*

code


..